Wizyta "Lorda” sprzed prawie półtora tygodnia miała być tylko ekscytującym wydarzeniem w jednostajnym życiu Kliniki. Pies, kot, pies, kot, świnka morska, kot, chomik, a tu nagle spory lew do którego na dodatek można podejść. Taki klimat przebija z poprzedniej aktualności. I nagle sytuacja dramatycznie się pogarsza, okazuje się, że ten sympatyczny „kociak” jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Uporządkujmy wydarzenia z ostatniego tygodnia, który był prawdziwym wyzwaniem dla wiedzy i umiejętności lekarzy i sprawdzianem organizacyjnym dla całej załogi Kliniki.
O „Lordzie” usłyszeliśmy po raz pierwszy kilkanaście dni temu, kiedy to właścicielka lwa szukała pomocy lekarskiej dla swojego pupila. W Poznaniu takimi zwierzętami zajmuje się m.in. pracujący w ZOO lek. wet. Paweł Botko, zaprzyjaźniony z Kliniką. „Lorda” skierowaliśmy właśnie do niego. Wspomniana wizyta niedzielna miała być tylko pogłębioną diagnostyką, ponieważ lew słabo reagował na podawane leki, nie jadł, wymiotował i stawał się coraz bardziej apatyczny. Wykonane zdjęcie RTG z kontrastem nie wskazywało jednoznacznie na niedrożność przewodu pokarmowego. Podano leki i płyny infuzyjne. To była niedziela…
Jeszcze w poniedziałek podczas narady lekarskiej mówiono o możliwości wykonania endoskopii (gastroskopii) przewodu pokarmowego lwa i przygotowywano się logistycznie do tego zadania. Właściciele przywieźli „Lorda” we wtorek. Lew nie wszedł już na własnych łapach jak to miało miejsce dwa dni wcześniej, lecz zastał wniesiony, prawie bezwładny. Dla wszystkich oczekujących był to szok. Od tego momentu zmiany decyzji odnośnie toku diagnostyki i postępowania leczniczego następowały błyskawicznie. Było wiadomo, iż jest tak słaby, że nie może być mowy o dłuższym procesie diagnostycznym i chociażby powtórzonej narkozie. Krótka narada doktorów – Grzegorza Wąsiatycza, Janusza Dziurli i Pawła Botko – natychmiastowa laparotomia diagnostyczna.
W sytuacji kiedy każde kilka minut było ważne przygotowania do zabiegu miały czasami zupełnie niestandardowy charakter i balansowały na krawędzi ryzyka. Lew znieczulony farmakologicznie, lekarze przystępują do intubacji i okazuje się, że najdłuższa rurka intubacyjna jest za krótka, laryngoskop również. Przedłużanie to conajmniej kilkanascie minut opóżnienia... Na oczach osłupiałej asysty dr Botko wsadza rękę do gardła lwa i wprowadza rurkę intubacyjną bezpośrednio do tchawicy.
Zespół specjalistów chirurgów otwiera powłoki brzuszne... Okazuje się, że w odźwierniku i dalszej częsci jelita cienkiego znalazły się dwa okrągłe twory - przypominające pompony - połączone, a właściwie zamotane cienką, stylonową linką. Jelito nanizało się na nią i doszło do perforacji w siedmiu miejscach. Treśc z jelit zaczęła się już przedostawać do jamy otrzewnowej.
Chirurdzy usunęli ciało obce i zaszyli uszkodzenia jelit. Konieczne było właśnie zeszycie uszkodzonych jelit, a nie zastosowanie prostszej metody czyli resekcji, gdyż największe zmiany znajdowały się w dwunastnicy, a to wyklucza resekcję. Wypłukano jamę otrzewnową i zaszyto powłoki brzuszne. Mijała własnie trzecia godzina zabiegu, siedmioosobowy zespół operujący (2 chirurgów, lekarz specjalista od zwierząt egzotycznych, 2 instrumentariuszki, 2 asystentów) może powoli odłączać aparaturę. To, że zabieg przebiegał w miarę płynnie to również "zasługa" aparatury: kardiomonitora, pulsoksymetra, kapnografu (urządzenieo kreślające poziom hemoglobiny we krwi i pozwalające na pośrednią gazometrię.
Lew został przeniesiony do sali pozabiegowej, gdzie lekarz nadzorował przebieg wybudzania zwierzęcia. Nadzór jest również specjalną procedurą, gdzie aby uchwycić wahania stanu zwierzęcia dokonuje się co kwadrans na specjalnej karcie intensywnej terapii wpisów poziomu mierzonych parametrów (temperatura, tętno, ilość oddechów). Nieustannie pracowała pompa infuzyjna precyzyjnie dawkując płyny wraz z lekami. W tym czasie w laboratorium analitycznym dokonywano analizy krwi. Jej wynik - ostra niewydolność nerek... Byliśmy załamani...
W takiej sytuacji szuka się przyczyn. Rokowanie przy niewydolności spowodowanej obecnością ciała obcego, odwodnieniem (wymioty), było lepsze, niż gdyby owa niewydolność była procesem toczącym się w ukryciu przez dłuższy czas, którego przyczyną mogłaby być wada nerek. Nie mieliśmy niestety wyników, które można by było porównać. Cały czas trwał intensywny nadzór pooperacyjny. Pompa dozowała płyny i leki, co kwadrans dokonywano pomiarów parametrów życiowych, aby mieć pełen obraz dynamiki zmian.
W piątej godzinie po zabiegu doszło do najpoważniejszego załamania. Gwałtownie wzrosła ciepłota do 41 st.C., pojawiły się objawy neurologiczne typowe dla hipertermii: drgawki, sztywność kończyn, brak kontaktu. Podjęto zdecydowane działania. Lwa wyniesiono na kocu na zewnątrz Kliniki i obłożono lodem. Chłód marcowej nocy był nam przyjazny, dramatyczna sytuacja została opanowana, ustały drgawki, temperatura powoli spadła do niezagrażajacego życiu poziomu.
Rano przeniesiono zwierzaka z sali pooperacyjnej do przestronnej sali konferencyjnej. Doktor Wąsiatycz słusznie założył, iż dostarczenie lwu większej ilości bodźców pobudzi jego naturalne mechanizmy obronne. Cały czas obecna była przy swoim pupilku jego właścicielka i z troskliwością pielęgnowała go. To dawało zwierzęciu poczucie bezpieczeństwa i obniżało stres spowodowany sytuacją i bólem, który nie do końca przecież można opanować.
Zwierzę wynoszone było kilka razy dziennie na dwór, stawiane na łapy, mobilizowane do ruchu. Kilkanaście razy dziennie masowano mu kończyny, aby poprawić ukrwienie. Płyny infuzyjne podawane były non stop, ale widać było jak lewek tęskni za jedzeniem. Na trzecią dobę po zabiegu podano mu wodę do picia, rozglądał się za czymś jeszcze. Interniści zdecydowali o podaniu pokarmu, mimo że chirurdzy woleliby jeszcze poczekać. Zabieg operacyjny na jelitach był bardzo rozległy i każda godzina bez ich obciążania była ważna dla procesu gojenia. Z drugiej jednak strony lew słabł coraz bardziej, Biorąc pod uwagę, że okres przed zabiegiem, kiedy zwierzę praktycznie nie przyjmowało pokarmu, był ponad tygodniowy
Jak miało się okazać niebawem, był to ostatni moment kiedy osłabione zwierzę można było nakarmić, ale już z trudem, zmiksowanym gotowanym kurczakiem z pastą witaminową. Jedzeniu „Lorda” kibicował bez mała cały Poznań, a dziennikarze śledzili menu naszego pupila, każde jajko i pierś z kurczaka było skrupulatnie odnotowywane. Sam schodził po schodach i bawił się na parkingu za Kliniką. Widząc go w dobrej formie oczekiwaliśmy tylko dobrych wieści.
Na szóstą dobę po zabiegu „Lordzik” stał się apatyczny. „Obraził się”, „leniuch, przyzwyczaił się do znoszenia na spacerek, no, no” żartowaliśmy sobie, nieświadomi, że zmiana zachowania jest pierwszym objawem tworzących się zaburzeń, których nie wykazywały rutynowe badania biochemiczne. Uspokajało nas, iż wyniki badań nerkowych były coraz lepsze. W nocy z szóstej na siódmą dobę wystąpiły silne zaburzenia w poziomie elektrolitów – hypokaliemia. Jej efektem może być arytmia serca z zatrzymaniem jego akcji włącznie. Tu z pomocą przyszli nam zaprzyjaźnienie lekarze medycyny, konsultując w nocy wyniki laboratoryjne i doradzając odpowiednie postępowanie, proste i skuteczne. Wyciągając wnioski z zaistniałej sytuacji doktor Wąsiatycz podjął decyzję o jak najszybszym zakupie aparatu do analizy poziomu elektrolitów do naszego laboratorium diagnostycznego.
Kolejny kryzys został zażegnany. Lew zachowywał się jak znudzony kociak, domagając się ciągłych pieszczot i uwagi otoczenia. Był to dla nas powód do ciągłej radości, w końcu nie codziennie wyprowadza się lwa na spacer na smyczy lub gmera go za uchem od niechcenia jak domowego dachowca.
Wiedzieliśmy, że czas pobytu „Lorda” w Klinice kończy się. Mijał tydzień pełen emocji, napięcia i mobilizacji całego zespołu. Trochę to zakłócało rytm rutynowej pracy, ale….
Po lwa przyjechał jego pan. Widać było, że dla naszego pacjenta to osoba numer jeden. Pieszczotom nie było końca.
Jeszcze godzinka, zalecenia, leki. Cała załoga wyległa na zewnątrz, aby pożegnać lwa i opiekunów z którymi przez ten tydzień zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. W sali konferencyjnej zrobiło się cicho, tylko na ulubionym miejscu „Lorda” , przy charakterystycznym okrągłym oknie leżały zabawki – plastikowe butelki po wodzie mineralnej.
